Jak pokonałam swoje słabości i stanęłam na „pierwszym stopniu” podium w zawodach pole dance. Wywiad z Gabrielą Golasowską, właścicielką Gabris Studio Pole Dance w Katowicach

Dziś mam przyjemność porozmawiać z Gabrysią Golasowską, właścicielką Gabris Studio Pole Dance w Katowicach. Gabi jest pole dancerką od pięciu lat. W zeszłym roku postanowiła zrobić coś w swoim życiu, czego pragnęła od dawna, a jednocześnie sama myśl o tym wręcz ją paraliżowała. W październiku Gabi wystartowała w pierwszych w swoim życiu zawodach pole dance i ku jej wielkim nadziejom, stanęła na podium zajmując drugie miejsce w kategorii Women Semi Pro. Jej niesamowity występ możecie zobaczyć tutaj. Zanim jednak do tego doszło przeszła długą, niełatwą drogę, odkrywania samej siebie.

Gabi, kim właściwie jesteś? Od czego to wszystko się zaczęło?

Kiedyś byłam zupełnie inną osobą. Byłam taka bardzo zamknięta w sobie, ale tak bardzo, bardzo. Do tego stopnia, że w szkole kiedy wołano mnie do odpowiedzi wolałam prosić o jedynkę, mimo, że znałam odpowiedź.

Byłaś tak skryta, tak wstydliwa. Jak myślisz z czego to wynikało?

Myślę, że to moje prywatne życie, za dziecka. Nie docenianie, chociażby nauczycielki. Podam Ci przykład, o którym sama też się dowiedziałam całkiem niedawno. Miałam kiedyś taką sytuację, że lubiłam rysować, brałam udział w konkursach. No i generalnie te prace się podobały nauczycielkom, ale moja wychowawczyni była bardzo taka na „nie” na mnie. Nie wiem dlaczego, ale po prostu chyba mnie nie lubiła. Wszystkich ogólnie wychwalała np. na wywiadówkach po kolei szła w dzienniku, każdy coś miał, ktoś grał w koszykówkę, ktoś coś innego, a ja nic. O mnie wręcz przeciwnie powiedziała „Skryta, zamknięta”. Bo ja byłam wstydliwa i mnie trzeba było troszeczkę zmotywować.

Ona akurat podchodziła do mnie zupełnie ze złej strony. Teraz z perspektywy czasu, to wiem, że nauczyciele powinni mieć przygotowanie psychologiczne, bo robią krzywdę dzieciom.

Wydaje mi się, że w latach kiedy my się uczyłyśmy było trochę inaczej. Nie było takiej troski. Teraz wychowuje się dzieci w filozofii bliskości, troszczy się o nie. Kiedyś było zupełnie inaczej. Nawet nasi rodzice wychowywali nas inaczej niż wychowuje się dzieci teraz.

Tak, tak, tak. Ja oczywiście nie mam nic mojej mamie do zarzucenia, bo po prostu kocham ją całym sercem i uważam, że mnie bardzo dobrze wychowywała. Sama też była zamkniętą osobą i nie wiedziała, że niektóre rzeczy mogą wyglądać inaczej. Z czasem to też wie, widzi, że życie wygląda inaczej.

Wracając do nauczycielki. Ona wtedy powiedziała, że ja jestem taka zamknięta, utkwiło mi to w pamięci. Mama mi to wtedy przekazała, nie ze złością na mnie, tylko po prostu powiedziała, że ta nauczycielka to cię nic nie chwaliła, a przecież mogła powiedzieć, że umiesz rysować, tak? Przecież normalnie ci to mówi, a na tej wywiadówce to powiedziała tylko same złe rzeczy… I ja wtedy poczułam, że mama chyba się też z tym źle poczuła tak sama w sobie.

I teraz przy terapii, na którą chodzę, wyszło, że nawet takie rzeczy musiały na  mnie mieć wpływ. Bo odebrałam to tak, jakbym rozczarowała mamę. I mi jako dziecku  tak to bardzo musiało utkwić w podświadomości, że bałam się występu na zawodach ze względu na moja rodziną, a najbardziej mamę.

A jest to dziwne, bo mnie zawsze bardzo wspiera, ale widocznie moja podświadomość działa inaczej i ja po prostu się strasznie stresowałam. Jak kiedyś na przykład mówiła, że przyjdzie do mnie na zajęcia zobaczyć jak je prowadzę to powiedziałam „Nawet mi tego nie rób, bo ja po prostu się załamię”. Strasznie mnie to zestresowało, jak coś takiego zaproponowała. No po prostu nie umiałam przy mamie pokazać tej mojej innej siebie. A naprawdę nasze relacje są cudowne. Teraz nie mieszkam z nimi [czyt. z rodzicami], a dwa razy dziennie dzwonię. I cały czas tak było, że miałam z nią super relacje. Jeżeli chodzi o pole sport to nie chciałam niczego pokazać, nie chciałam nawet pokazać jakiegokolwiek combosa na rurce. Po prostu tak mnie to bardzo stresowało. Pamiętam przed egzaminem na instruktora  jak prosiłam mamę „Mama przyjdź zobaczyć, bo jak Ty zobaczysz to na pewno tam mi będzie jakoś lżej”.

Wiedziałaś, że bardziej wymagającego sędziego niż mama nie będzie. To jest niesamowite, że Ty nie stresowałaś się, że Tobie coś nie wyjdzie, że cos Ci się nie uda, tylko myślałaś o tym w takim kontekście „Co o Tobie pomyśli mama? Jaka będzie jej reakcja?” Pomimo tego, że Wasze relacje była super.

Tak i wiedziałam, że co bym nie zrobiła to i tak ona będzie za mną. Ale po prostu podświadomie to tak zadziałało. Nie wiem dlaczego tak jest, ale faktycznie dużo rzeczy, które dzieją się w przeszłości mają na nas wpływ obecnie. I my sobie nie zdajemy z tego sprawy. Ale niestety tak jest i warto nie zakopywać tego pod dywan, tylko wyciągnąć to. Myślałam, że ja taka jestem i że taka muszę być. Nie umiałam się tak normalnie otwierać przed ludźmi. Normalnie z nimi rozmawiać. I pole dance tak odmienił moje życie, pokazał, że mogę jednak być inna.

A powiedz mi w ogóle skąd pomysł na pole dance?

Zaczęłam trenować pole dance w czasie technikum. A ponieważ byłam taka zamknięta, to miałam etap w swoim życiu, gdzie strasznie dużo imprezowałam. A wiadomo, jak jest alkohol to się jest bardziej odważnym. Więc moje życie było bardzo chaotyczne, ale w końcu zrozumiałam, że tak nie chcę, że to towarzystwo, z którym przebywam, nie jest odpowiednie, bo ciągnie mnie troszeczkę w złą stronę.

Mama miała do mnie o to pretensje, że wracam do domu pijana itd. Byłam niepełnoletnia, nie byłam grzecznym dzieckiem. Ale dzięki niej zrozumiałam, że faktycznie tak życie nie musi wyglądać. I zaczęłam spędzać czas inaczej. Zaczęłam chodzić na kręgle itd. Po prostu cokolwiek innego, niż tylko imprezowanie piątek, sobota. No i tak się zaczęło, że w końcu pojawili się inni znajomi, zmieniłam szkołę. Specjalnie poszłam do innej szkoły, do technikum nie w swoim mieście, żeby odkleić się troszeczkę od tamtych znajomych.

Po prostu czułam, że potrzebuję tego, że muszę od nich odejść, bo będąc w tej samej szkole ja się od tego nie odetnę. A ja chciałam, ale się bałam.

To jest wychodzenie ze swojej strefy komfortu. Po prostu odcięłaś się od tego kręgu znajomych po to, żeby coś w swoim życiu zmienić. Nie do końca pewnie wiedziałaś czy to jest dobre czy nie. Ale coś Ci podpowiadało, że jednak powinnaś z tego kręgu znajomych wyjść?

Tak. I bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Chodziłam do szkoły, technik technologii odzieży, więc nic związanego ze sportem. Zupełnie coś innego. I miałam w tym wszystkim jeszcze chłopaka. Niestety to nie było dobry związek. Był to bardzo toksyczny związek. Pozwalałam sobie na bardzo złe rzeczy, podnoszenie ręki itd. I też cały czas w tym tkwiłam zaślepiona, że tak musi być, że przecież on i tak mnie kocha, więc jest w porządku. Tkwiłam w tym jakieś 2 lata i w końcu poczułam, że muszę się od tego oderwać.  Zrywałam z nim i znowu wracałam. I ciągle tak robiłam, robiłam, aż w końcu powiedziałam sobie „Kurczę, muszę znaleźć coś dla siebie”. No i stwierdziłam, że może pójdę na jakieś zajęcia fitness. Już próbowałam siłowni, kupiłam karnet, który po prostu leżał. Nie zainteresowało mnie to. No i koniec końców powiedziałam pójdę na ten pole dance, bo zawsze mi się to podobało. No ale też nie było nigdy na to funduszy i zawsze były inne rzeczy. Wolałam mimo wszystko wydawać pieniądze na ciuchy, imprezy itd. No i poszłam na pole dance i od pierwszych zajęć po prostu to, co poczułam, to było niesamowite.

Nie ból?

Hahaha, O dziwo nie. Przyszłam też do grupy, która już była 3 miesiące. Ja nie czułam tego bólu. Czułam taką satysfakcję. Szybko się tam odnalazłam. Pomimo tego, że dziewczyny trenowały 3 miesiące nie czułam się tam źle, mimo instruktorki, która z perspektywy wiem, nie ciągnęła mnie do góry jakoś i nie miała w sobie jakiejkolwiek motywacji dla kogoś. To był taki instruktor, który na przykład siedział na materacu, jadł kanapki, dłubał w telefonie. No więc nie wiem sama, co mnie tam zatrzymało.

To chyba były jeszcze czasy, kiedy instruktorzy bardzo mało się rozwijali, a pole dance dopiero raczkował.

Tak. Ja nie wiem co mnie tam zatrzymało. Ani razu nie usłyszałam, co to są pointy ani nic z takich rzeczy. Dopiero po pół roku jak zmieniłam instruktorkę to faktycznie oczy mi się otworzyły. Ale wtedy było mi ciężko zrobić pointa, bo co to w ogóle jest. No ale odnalazłam się, jak przyszłam do tamtej instruktorki, to mówię sobie „Ja chcę być jak ta dziewczyna, ta instruktorka”. A już przy tamtej czułam trochę, że może to nie tak ma wyglądać. Już wtedy zastanawiałam się czy faktycznie ten instruktor jest dobry, czy to tak ma wyglądać. Nauczyciel siedzi sobie na materacu, kiedy ja tu potrzebuję asekuracji, a ona tam wcina kanapki. Chyba nie do końca to tak powinno być. No i po zmianie instruktora zobaczyłam, jak to faktycznie powinno wyglądać. Gosia, nie zapomnę tej instruktorki. Dzięki niej zafascynowałam się tym jeszcze bardziej. No i po jakimś czasie zapytałam jej czy się nadaję na instruktora, że chciałabym go zrobić. I faktycznie po roku zapisałam się na kurs, nawet niecałym roku, bo po roku to już zostałam instruktorką. Robiłam kurs u Kasi Bieleckiej… Jeszcze początkowo poszłam na instruktora stretchingu. Więc najpierw musiałam zrobić anatomię i fizjologie. I to zrobiłam. Nie było łatwo. Wtedy to była dla mnie jakaś matematyka, że nie wiedziałam co czytam. No ale zdałam egzamin i zrobiłam kurs stretchingu. Stwierdziłam, że nie dam rady uczyć nikogo. Miałam iść na siłownię prowadzić stretching, ale mówię sobie „Nie dam rady uczyć nikogo, bo ja nic nie wiem. jeszcze zrobię ludziom krzywdę”. Czułam, że jakoś te dwa dni kursu to było za mało. Czułam, że to chyba nie jest to, że czegoś tam brakowało i że ja dalej nie czuję się na siłach, żeby kogoś prowadzić. Ktoś za 10 lat może poczuć ten ból, który ja sprowadzę mu teraz, że wyjdzie to w przyszłości. Tak więc nie zrobiłam tego, nie poszłam do żadnej pracy jeżeli chodzi o stretching. I zapisałam się potem na kurs instruktora pole dance. Zostałam instruktorką, zdałam egzamin od razu i zanim dostałam certyfikat, szukałam pracy jako instruktor. Tam gdzie sama się uczyłam niestety nie szukali instruktora. Miały dziewczyny pełen skład. Najbliższe szkoły też nie szukały nikogo. A ja mieszkałam w takim małym miasteczku.  I nie miałam za bardzo gdzie iść do tej pracy. No ale znalazłam ogłoszenie, że w Katowicach szukają instruktorki. Dla mnie to się wiązało z tym, że 45 kilometrów będę musiała dojeżdżać w jedną stronę. Ale jestem taką osobą, że wiem, że muszę coś poświęcić, żeby potem mieć coś z tego.

To też wynika z Twojego dzieciństwa. Wiesz, że po prostu musisz włożyć jakąś pracę, swoje siły, zaangażowanie. Nie może być tak, że coś Ci przychodzi łatwo. A tak naprawdę wcale nie musi tak być.

No i faktycznie właścicielka chciała, żebym prowadziła te zajęcia. I tak było. Pracowałam na umowę o pracę w Sinsay. Byłam tam dekoratorem., potem zastępcą kierownika, więc tam też się rozwijałam. Bo jako technik technolog odzieży chciałam być stylistką mody, więc ta praca dla mnie też była bardzo ważna. I w sumie nie wyobrażałam sobie tego, że ja z niej zrezygnuję. Przez niecały rok dojeżdżałam co drugi weekend do Krakowa na kurs stylistki mody. Więc całe swoje życie raczej opierałam na tym, a pole dance jest takim moim dodatkiem. Bardzo to lubię, chciałabym właśnie uczyć, przekazywać wiedzę, podoba mi się to i chciałam robić to i to, ale w życiu bym nie pomyślała, że pole dance będzie ze mną i to na taką skalę. Pracując w Sinsay’u ja przez te awanse tam miałam możliwość awansu na przykład do innego miasta i też jak zobaczyłam Chorzów to oczka mi się zaświeciły. Pomyślałam „Kurczę, będę bliżej tych Katowic, będę miała większe możliwości. Chciałabym tego pole dance jednak więcej.

Wtedy uczyłaś w jednej szkole?

Tak. Jak dostałam tą pracę [czyt. jako instruktor] to tak wyglądało, że ja pracowałam np. 6-15 w Sinsay’u, a o 16 już musiałam się zbierać do Katowic. Więc szybki prysznic, szybkie zjedzenie obiadu, szybko wskoczyłam na rurkę, żeby powtórzyć coś na zajęcia. No bo jeszcze wtedy nie byłam taka świadoma tej nauki, więc musiałam powtarzać, czułam taką potrzebę. Zaczynałam od dwóch godzin w tygodniu. Wiem, że spodobałam się szefowej i dziewczynom z zajęć. Kiedy zdarzyło mi się iść na zastępstwo, to dziewczyny chciały mnie tam częściej, więc ja chciałam być tam jeszcze więcej, szefowa też. 

 Widziałaś, że ktoś w końcu docenia Twoją pracę?

Tak, dokładnie. I to po prostu było dla mnie takie no naprawdę… dla mnie był to jakiś cud, bo jak mogę pasję połączyć z pracą? Coś niesamowitego. No i faktycznie rzuciłam wszystko. Zobaczyłam ten Chorzów, więc ja mówię „Będę bliżej Katowic, to się zacznie jakoś dziać. Jeszcze nie wiem jak, ale to się zacznie dziać”. I tak. Przeprowadziłam się do pokoju, wynajmowałam mieszkanie z Ukraińcami, więc to nie było też dla mnie łatwe, ale nie mogłam sobie pozwolić na więcej. Praca w tym Chorzowie w Sinsay’u była dla mnie bardzo męcząca. Jak kochałam Sinsay’a i wszystkie kierowniczki, z którymi miałam do czynienia przychodząc na różne salony. To ta kierowniczka wyciągnęła ze mnie całą moją pasję i wszystko. Ciągle miała do mnie pretensje o coś. A że to był nowy salon wszystko było tam dla mnie nowe. Mam wrażenie, że chciała po prostu, żebym robiła za nią wszystko i chciała jeszcze więcej ze mnie wyciskać, a ja już naprawdę nie mogłam więcej.

Już tyle z siebie dawałam, że nie dało się więcej. Nigdy nie miałam w pracy tak, że się obijałam, że korzystam z telefonu. Wręcz przeciwnie. Nawet czasem nie poszłam na przerwę, żeby wykonać swoją pracę, bo dla mnie nie liczyło się to, że 8 godzin odbębnię i mogę wyjść. Tylko ja chciałam skończyć to co zaczęłam i zależało mi żeby było to zrobione dobrze. A ona tego nie widziała albo nie chciała widzieć. Więc jednocześnie bliżej byłam do pole dance. Mówię „Kurczę, może coś powinnam w tą stronę zrobić”. Tym bardziej, że zanim w ogóle zaczęłam instruktora, to ja już mamie mówiłam „Mamo, ja będę instruktorem. No ja bym chciała swoją szkołę”.  

Czyli już wtedy miałaś w głowie, że będziesz instruktorem we własnej szkolę?

Tak, że będę miała swoją szkołę. Ale wiadomo, nie mówiłam tego w takim kontekście, że rzucę Sinsay’a. Tylko myślałam, że to jakoś się będzie dało pogodzić. Nawet jak jechałyśmy z mamą to mówiłam „Popatrz, tu jest mamo wynajem, to może kiedyś wynajmę też takie pomieszczenie, zacznę od jakiegoś małego”. I wiedziałam, że jakaś dziewczyna też tak zaczynała na przykład prowadząc indywidualne w domu i może tak będę robiła.

W tym wszystkim był ten toksyczny związek. Mój były chłopak zabraniał wszystkiego. Jak do niego wróciłam po czasie i on zobaczył tą rurkę to stwierdził „Świecisz dupą, jak tak możesz”. A ja mówię „Słuchaj, ja muszę wrzucać [czyt. do Internetu], bo ja kiedyś będę instruktorem, więc ja muszę wrzucać. Bo ja chcę być rozpoznawalna i to się musi dziać już”. A on typowo nie, nie, nie. I dzięki temu zakończyłam ten związek. Dzięki temu, że ten pole dance mnie tak pochłonął, zobaczyłam „No przecież nie może mi mężczyzna zabraniać mojej pasji. No jak to? To tak nie może być. muszę po prostu iść za ciosem. A nie, że on mi będzie zabraniał, bo on też może szybko zniknąć”. Zresztą traktował mnie, jak traktował. Więc to też był spory argument do tego, żeby  go zostawić. Powinnam go zostawić nie z powodu pole dance. Po prostu poczułam, że jestem twardsza, że mogę zakończyć ten związek, że on nie jest mi do niczego potrzebny, że potrafię funkcjonować sama i dzięki tej rurce to zrobiłam. Oczywiście nie było też łatwo bo nie odpuszczał długo. 

W trakcie przeprowadzki do Chorzowa, poznałam innego mężczyznę. Zaczęliśmy się spotkać, ale chciałam tylko wyskoczyć na kawę, spacer i nic więcej bo jeszcze mi będzie czegoś zabraniał. A tu się okazało zupełnie co innego, bardzo mnie w tym wspierał i nie chciał w ogóle, żebym się wyprowadzała do Chorzowa. A on mieszkał sam. Chciał, żebym się przeprowadziła do Katowic. Po moim wcześniejszym związku powiedziałam „Nie, ja jestem sama ze sobą i koniec, kropka”. On może w razie czego być, ale to na pewno nie będzie działało na takiej zasadzie, że ja będę mieszkała z kimś, już ktoś będzie mi stawiał jakieś warunki, będę się tam dostosowywać. No nie, nie, nie. Musiałam udowodnić sobie  jestem samowystarczalna i że w tym Chorzowie wytrzymam. Mieszkałam tam dwa miesiące i było to uciążliwe dla mnie i Dominika obecnie mojego narzeczonego.

Przez mój grafik mieliśmy mało czasu dla siebie musiałam łączyć Sinsay’a i pracę z rurką. Więc w końcu zadecydowaliśmy „Dobra, przeprowadzam się do Ciebie”. W tym wszystkim był też cel, że ja będę udzielała indywidualne u niego w domu, tam były na to możliwości, miał tam wolny pokój, więc oczywiście przemeblowałam mu cały pokój.

Jak to kobieta, przenosi się do mężczyzny do domu, przynosi swoje walizki, mnóstwo ubrań i jeszcze rurkę!

Tak. Od razu po prostu wszystko wyleciało … szafy, zostawiliśmy tylko łóżko. Sypialnia miała być pokojem treningowym. No to oczywiście duże lustro od razu na ścianę i wszystko. Więc Dominik bardzo mi ułatwił, bo jednak miałam możliwość prowadzić indywidualne. W trakcie tego wszystkiego, co było bardzo dużym plusem, pojawił się COVID i szkoła, w której pracowałam niestety zamknęła się na pewien czas. Byłam rozczarowana tym, bo to była taka rzecz, która dawała mi bardzo dużą satysfakcję i w ogóle energii do życia. Sinsay niestety mnie przytłaczał przez tą kierowniczkę i chciałam tak bardzo od tego odejść wszystkiego. Byłam załamana tym, czułam się jakby mnie zamknęli. Zaczęłam wrzucać relacje na Instagrama, że zapraszam na treningi indywidualne w tym mieszkaniu. I faktycznie dziewczyny zaczęły do mnie przychodzić i to były kursantki, które ćwiczyły w tamtym studio. I nie planowałam tego, że chcę te kursantki ze sobą ściągnąć. Nie taki był cel. Chciałam kursantki utrzymać w sporcie, jeżeli one tego chcą i potem dalej oczywiście trenować w tym studiu, taki był zamysł. Życie potoczyło się zupełnie inaczej. Szefowa, która zamknęła tą szkołę na jakiś czas, nie otwierała jej. A wszystkie inne szkoły z powrotem się otwierały. Zaczęłam myśleć, że może nie planuje ponownie otworzyć. Z czasem prowadziłam indywidualne na większą skalę. Rozeszło się drogą pantoflową. Doszło to do takiego etapu, że chciałam całkowicie zrezygnować z  Sinsay’a. Mówię „Dziewczyny chcą się uczyć, a ja nie mam czasu na te zajęcia”. Byłam też w trakcie chora dość długo i powrót do tego Sinsay’a był dla mnie jeszcze większym uderzeniem. Kierowniczka wywierała na mnie coraz więcej presji, a ja wtedy jeszcze bardziej się zamykałam. I mówię „Idę dalej na L4 i będę zajęcia prowadzić”. Wiem, że to źle brzmi, ale niestety czułam chyba, że mam tak zrobić. Podczas L4 szukałam innej pracy 9-17, żebym mogła po południu prowadzić zajęcia. W Sinsay pracowałam różnie, nie mogłam mieć stałego grafiku. Utrudniało mi to pracę, treningi, wszystko. Więc mówię „Muszę coś z tym zrobić”.  Wcale nie zamierzałam otwierać studia jeszcze, bo się tego panicznie bałam. Nie wyobrażałam sobie tego w tamtym momencie.

Jeszcze to był czas, że COVID może wrócić na zimę.

I znalazłaś tą pracę?

Nie, nie znalazłam, nie mogłam znaleźć. Tak chyba musiało być. Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny i tak chyba musiało być. To L4 też chyba było potrzebne. W końcu kursantki zaczęły mówić „Otworzyłabyś w końcu coś swojego”. Kursantek było coraz więcej. Pytały o zajęcia grupowe. No i koniec końców powiedziałam „A zobaczę, może wezmę kredyt, otworzę tą szkołę czy coś”. No i oczywiście poszłam do banku, ale byłam tym przerażona. Stwierdziłam, że chyba nie poradzę sobie sama.

Miałaś już wtedy jakieś upatrzone lokum pod szkołę?

Nie, nie. Poszłam zobaczyć jak wyglądałoby to jeżeli chodzi o finanse, ale oferta mnie odstraszyła. Mama wyszła z inicjatywą, że da mi prezent na wesele, a resztę pożyczę. Wiedziała, że ja nie chcę ślubu. To znaczy ślub może tak, ale nie zależy mi na weselu. Nigdy nie miałam takiego wyobrażenia, że muszę mieć tą piękną białą sukienkę. Nie mówię, że nie chcę męża, ale nie ślub jest dla mnie ważny. Wolałam skupić się na swoim rozwoju, spełnić swoje marzenie.

To było ciężkie, koszt rurek, materacy itd. Nie mogłam pozwolić sobie na zbyt wiele.  Znalazłam mały lokal w centrum Katowic. Zamknęłam się w 24 tysiącach, żeby jak najtaniej, byleby pracować, żeby mieć to miejsce. Fakt, ta sala nie wyglądała dobrze, bo były kolorowe podłogi, zielony, niebieski, taki żółty. No nie było szału. Ale dla mnie najważniejsze były ruryOne po prostu byleby stały, byleby można prowadzić zajęcia. Też atmosfera – to się dla mnie liczyło. Zbudowanie tego. Było przytulnie mimo wszystko. To był COVID, więc nie chciałam się za bardzo reklamować, więc powiem szczerze, że najwięcej poszło drogą pantoflową. Jestem pełna podziwu, że kursanci mnie tak doceniali, polubili. Był to dla mnie szok.

A może z drugiej strony to jednak był dobry czas, żeby otworzyć tą szkołę, bo: dotychczasowe kursantki przychodziły, Ty nie musiałaś walczyć z konkurencją. I też jak już ktoś wiedział, że otwierasz szkołę to wiedział, że będzie otwarta, a z innymi szkołami jednak było tak bardzo niepewnie. Nie było wiadomo czy one będą funkcjonować, czy się otworzą. Dodatkowo większe przerwy między zajęciami. To były takie straszne restrykcje, że nie każdy właściciel wrócił do prowadzenia szkoły.

Tak było, ja też miałam się zamykać, ale byłam w takim budynku, że po cichu działałam. Bałam się. Na dodatek moja poprzednia szefowa jednocześnie została moją konkurencją, więc się troszeczkę bałam tego. Oczywiście porozmawiałam z nią przed podjęciem decyzji, bo chciałam być wobec niej w porządku. Nie namawiałam kursantek, aby szły za mną, ale chciały, żebym to ja prowadziła im zajęcia. Nie zapomnę tego jak przyjechałam na zajęcia, na zastępstwo, na grupę średnio zaawansowaną, nie umiejąc prawie jeszcze nic. Naprawdę nic na tym poziomie. Wtedy trenowałam rok. No to co można po roku robić trenując raz w tygodniu, nie wzmacniając się. Dopiero później po 8 miesiącach trenowałam czasami dwa razy, ciężko mi było to z grafikiem zgrać. Ale starałam się na ile mogłam, żeby poćwiczyć. Przed zajęciami była otwarta sala. I tam był taki chłopak. Ćwiczył sobie handspringa na łokciu z zamachu jak ja to zobaczyłam, to ja mówię do tej szefowej „Czy ja naprawdę mam temu chłopakowi zaraz prowadzić zajęcia”? Ona na to „No tak”. To mnie tak przeraziło…

Poczułaś, że uczeń jest lepszy od nauczyciela?

Tak. I ja pytałam „Ale jak ja mam to zrobić”? Odpowiedziała „No ale spokojnie, oni tego na pewno nie mają, co ty uczysz itd. Czy jakiś combos – to dla nich to będzie wyzwanie”.  Było to dla mnie stresujące z braku doświadczenia, pewności siebie, przyspieszone bicie serca, ręce spocone. Ja mówię „Jak ja mam ich asekurować?”. Cała spocona byłam, taka zestresowana…

Ale to tylko Ty wiedziałaś, że nie potrafisz takich rzeczy jak ten chłopak.

Dokładnie, dokładnie. Ale strasznie mnie to zestresowało. A po zajęciach jak usłyszałam takie pozytywne opinie, dostałam takiego kopniaka do działania. Ja też tego handspringa się nauczę. Zrobię go , żeby potem ich uczyć lepiej. No i faktycznie te dziewczyny, które były w tamtej grupie są ze mną do dzisiaj. To jest niesamowite po prostu, że to nadrobiłam, uwierzyłam w siebie, a kursanci mi w tym dopingowali.

W ogóle to jest niesamowita lojalność kursanta, że trenuje od lat u tego samego instruktora. A pewnie konkurencję masz sporą?

W Katowicach jest 8 szkół.  Miesiąc po moim otwarciu otworzyła się kolejna szkoła zaraz obok mnie. Jak to zobaczyłam to po prostu płacz, załamanie. „Jak ja sobie poradzę ? Nie dam sobie rady..”. No po prostu myślałam, że jestem skazana na straty i że będę musiała się zamykać. Tak, takie miałam podejście.

Na szczęście nie poddałam się, a wręcz przeciwnie. Po trzech miesiącach prowadzenia zajęć stwierdziłam, że trzeba zmienić lokal. Byłam nastawiona bardziej na progres kursantów niż swój. Też dlatego pewnie wystartowałam dopiero teraz, w zawodach, a nie wcześniej, bo było to dla mnie ważniejsze. Oni byli dla mnie ważniejsi i bardziej się oddawałam temu, nauce ich, niż swoim treningom. W tamtym momencie miałam za dużo grup, żeby dbać też o swój rozwój. W naszej wcześniejszej lokalizacji było bardzo mało miejsca, kursanci musieli uważać. Było 6 rurek, z czego wtedy jeszcze jedna z nich tylko dla instruktora. Przez większość czasu ta rurka stała pusta. No ale nie miałam takiej wyobraźni wtedy, że nie muszę mieć swojej osobnej do pokazania. Tak myślałam, że tak trzeba i nie chciałam dwóch osób na jedną rurkę. Bardzo dużo pokazywałam kursantom, jedną rzecz non stop. I tylko „To pokazać Wam jeszcze raz? Dobra.” Do dzisiaj nie zapomnę bólu przedramion. 

To jak mieli nie pokochać takiej instruktorki?

Na szczęście jest teraz inaczej. Dalej kochają, ale ja już prowadzę zajęcia w inny sposób. Patrząc na to, że kursanci naprawdę się obijali o ściany, ja mówię „Za niedługo to progres nie będzie możliwy, a dwa, za chwilę to sobie jeszcze ktoś krzywdę tam zrobi. To tak być nie może”. Zaczęłam przeglądać oferty wynajmów. Wychodząc na miasto zobaczyłam na przeciwko ulicy tabliczkę WYNAJMĘ. Myślę, „Zadzwonię”. Było tam niby dwieście metrów kwadratowych. „Nie, dwieście to za dużo. Gdzie ja na dwieście? Bez przesady”. Nie mam instruktora, bo sama prowadziłam zajęcia. Nie miałam nikogo nawet na zastępstwo. Przyszła mi myśl, że może właściciel się zgodzi na jakąś połowę lokalu. I faktycznie poszedł na rękę, że wynajmie połowę. Szybko ruszyliśmy z remontem, trochę to trwało, to była taka rudera, pozrywane ściany, nie było toalety. Trzeba było naprawdę dużo rzeczy tam zrobić. Czekałam na lokal około pięć miesięcy, zmieniliśmy go na pierwsze urodziny studia. No po prostu niesamowite. Co najlepsze teraz też bym chciała powiększyć lokal.

A ile masz teraz metrów?

Teraz jest 87. I wtedy też miałam 87. Tylko, że był zupełnie inny rozkład sali. Były dwie toalety. Więc od razu traciłam na tym. A tutaj jest faktycznie hala i jest ok, ale jest wejście z zewnątrz, więc to mi przeszkadza. Chciałabym mieć też drugą salę, bo nie ukrywam, że dużo moich kursantów się rozwija i zostało już instruktorami, budowanie takiego teamu to cudowne uczucie. Chciałabym, żeby dziewczyny też miały gdzie pracować, żeby mogły się dalej rozwijać. A to jest jednak utrudnienie, bo chociażby przygotowanie do zawodów, miałam zastępstwa ale nie miałam gdzie trenować. Jechałam do innego studia, ale jeszcze był inny argument, tam była inna rurka, taka jak na zawodach. Ta kolejna sala by się przydała. Mam nadzieję, że dojdziemy do tego.

Co w takim razie stoi na przeszkodzie?

Jestem na etapie szukania, bo ciężko z lokalem. Po tym lokalu już też wiem, że to musi być naprawdę już dobry lokal. W obecnym problemy z wentylacją. A najbardziej jest problemem ze znalezieniem odpowiedniej wysokości. No i lokalizacja, której nie chciałabym zmieniać, bo mogłabym stracić stałych klientów. Nie wyobrażam sobie, żeby utrudnić dojazd, a nawet rozstać się z niektórymi osobami. Tym bardziej, że mam osoby, które dojeżdżają z innych miast. Mają świetne połączenie komunikacyjne. Chciałabym celować w centrum, więc to może być ciężkie, ale kto wie, może.

Po prostu pewnego dnia będziesz przechodziła obok i nagle zobaczysz “to” miejsce.

Tak dokładnie. Na przeciwko budynku zaczęli remonty. Ja mówię „Idę tam zapytać”. Naprawdę poszłam zapytać, ale okazało się, że będą tam robić hotel, a już miałam nadzieję, że tylko zmienimy stronę ulicy. Może się coś znajdzie, ale bez pośpiechu. Jak będzie to miało być, to będzie. Bo tak jak mówiłam, jestem osobą, która wierzy, że to, co ma na nas czekać, to na pewno się wydarzy.

Czasami tylko trzeba trochę pomóc szczęściu.

Bycie instruktorem, własna szkoła, to są tylko przykłady, bo ja to musiałam  przeciągać. Ja nie wiedziałam, jak się to wydarzy, a jednak do tego doszło. W życiu bym nie pomyślała, że się przeprowadzę do Katowic z Czechowic. Myślałam, że będę mieszkała długo z mamą przez tę naszą relację, że się nie wyprowadzę, bo dużo czasu spędzałyśmy razem. W życiu bym tego nie pomyślała.  

Własna szkoła. Zostanie instruktorem. Postawiłaś wszystko na jedną kartę. I tak naprawdę twój świat kręci się wokół pole dance. Jesteś instruktorką pole dance czy exo również?

Tak, pole dance. Exotic próbowałam.

To straszne. Ogólnie rzecz biorąc jak otworzyłam szkołę to wiadomo jak wtedy było z tym pole dancem. Jakie były możliwości? To było zupełnie coś innego. No to kursantki wtedy chciały exotic. Jako że mnie nie było stać na instruktora to ja powiedziałam „Dobra, to ja ten exotic też poprowadzę”. Jak ja sobie to przypomnę. Ja pojechałam od razu po te buty i mówię „Dobra, muszę przygotować choreografię w tych butach pierwszy raz w tych butach”. W ogóle nie umiejąca się ruszać, bo ja naprawdę nie umiałam się ruszać i nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

Chciałaś dobrze dla swoich kursantów.

Ale to nie było dobre, bo uczułabym ich źle. Więc to nie było do końca mądre, przemyślane z tej strony. 

Na szczęście tak się stało, że miałam kontuzję po otwarciu studia. I to tak w sumie dość szybko. Otworzyłam studio w marcu, a w maju już miałam kontuzję. Robiłam regripy sama na sali, bez asekuracji.

Z materacem, chociaż?

Najpierw z materacem, potem bez. Oczywiście jak patrzę na ten filmik teraz to nie wiem czym się kierowałam. Jakbym zobaczyła moją kursantkę, która teraz to robi to bym udusiła. Naprawdę to straszne co sobie robiłam wtedy. Oczywiście ucieszona udało się. Tak, jasne. Tam za którymś razem już z tego materaca spadłam. Podniosłam rękę do tego miejsca [czyt. do wysokości barku], więc nie było szaleństwa. Poszłam do fizjo, to był mój pierwszy fizjoterapeuta, więc też nie wiedziałam jak to powinno wyglądać. 

Wiem, że to, że nas bolą plecy nie znaczy, że zawsze jest problem w plecach. Wtedy  nie byłam świadom ale czułam, że coś jest nie tak. Oczywiście nie było szans o jakimkolwiek podciąganiu, trenowaniu. Prowadziłam zajęcia na lewą stronę to co mogłam. Z asekuracji byłam wyłączona, więc dziewczyny na wyższych grupach pomagały sobie nawzajem. Na jednej z grup była dziewczyna, w której widziałam bardzo duży potencjał na instruktora i jest do dzisiaj instruktorką. Prowadziła zastępstwa na ile mogła, próbowałam też znaleźć innego instruktora. Kursanci jak i ja sama też nie byłam zadowolona, bo już zaczynałam wtedy wchodzić w tą świadomość jak zajęcia powinny wyglądać, że to nie miejsce na fitness. Widziałam też brak przygotowania do zajęć. W trakcie zmieniłam fizjoterapię, zapisałam się na kurs przygotowania motorycznego u Cezarego. On mi zaczął otwierać oczy, że fizjo może być inny, że poznajemy go po dobrej sali treningowej, a nie na łóżku do masażu. 

I faktycznie ten kurs mi dużo dał. Jeżeli chodzi o podejście do prowadzenia zajęć, bo to był w końcu kurs, który potwierdzał moje przekonania, to co czytałam w Google, czułam brak po kursie i musiałam się doszkalać. Czytałam, jeździłam na warsztaty. Ceniłam sobie takie, na których nie było tylko samych combosów, tylko też wiedza. Instruktorów, którzy dzielili się tipami. Przez szkolenia robiłam się wymagająca i jak ktoś prowadził zastępstwo, to mi niestety nie pasował. Myślałam sobie „Zrobi im krzywdę tak jak ja sobie sama zrobiłam”. Gdybym ja była inna dla siebie, to też bym tej krzywdy sobie nie zrobiła. Zero świadomości, co się tam w ogóle dzieje.

Cały czas szkolenia, szkolenia i tak się w tym odnalazłam. Wiedza polska, ukraińska. Nie wiem jak to możliwe, ale po prostu ja dużo rzeczy miałam tak, że prowadziłam te zajęcia i ja czułam, że tak to ma być, a potem te kursy utwierdzały mnie w tym.

I zaczynałaś czuć ten kierunek „Jak to powinno wyglądać”?

Tak. Wierzę, że jest takie coś, że kiedyś byliśmy kimś innym. Jest ta przeszłość. Bardzo w to wierzę, że może po prostu kiedyś byłam z tym związana jakoś po prostu czuję, tak jakbym już to kiedyś robiła.

Ja wierzę, że są rzeczy, które dzieją się nie bez powodu w naszym życiu.

Coś pięknego po prostu. Ale dlaczego do tego w ogóle doszłam? No bo w końcu usunęłam te swoje blokady w głowie, które tak mnie ograniczały, że ja muszę być taka jaka jestem, że jestem nieśmiała, że żeby się nie odzywać, że nie należy mi się to prawo głosu.

Bo po co się odzywać i po co ktoś mnie będzie oceniał?

Zamknięta i nie nadająca się do niczego, że mogę coś osiągnąć. Jakie w ogóle bycie lepszym instruktorem na przykład jakimś takim bardziej rozpoznawalnym. W mojej szkole bezpieczna przestrzeń no bo to takie moje miejsce. Wyjście na zawody? Nie. Ok, otworzyłam studio. Na to się odważyłam. Widocznie na to byłam gotowa. Ale na zawody? Nie to nie jest moja bajka. Nie jestem osobą, która kocha wyjście przed publikę. 

Ja Ciebie rozumiem. Po co mi wychodzenie na scenę? Przecież ja sama widzę swój progres, widzę czy coś potrafię czy nie. Nie potrzebuję, żeby ktoś mnie oceniał. Ale Ty jednak się zapisałaś, bo stwierdziłaś, że…?

Zaczęło mi chyba czegoś brakować w życiu. Chciałam zawsze wystartować w zawodach, tylko uważałam, że nie mogę. Nie chodzi nawet o fizyczną siłę, tylko bardziej o tę stronę po prostu odwagi, że taka jestem i koniec, kropka. Nie, nie da się tego zmienić. Ale prowadząc to studio i właśnie widząc też kryzysy kursantów, bo jednak jestem z nimi zżyta. Atmosfera rodzinna była od samego początku i mnie to tak strasznie bolało, te kryzysy, to wszystko to, co się dzieje. Sama też miałam kryzys, stwierdziłam, że to tak nie może być, że trzeba nad sobą popracować. I odważyłam się iść do psychologa, bo uznałam, że to chyba nie jest takie złe, że ludzie korzystają z psychologa, mimo że raczej miałam podejście negatywne. Może też dlatego, że jak byłam dzieckiem, to musiałam chodzić do psychologa, byłam bardziej zmuszana do tego i ten psycholog bardziej wzbudzał we mnie frustrację, niż poprawiał moje samopoczucie. A że byłam buntowniczką, to tym bardziej nie chciałam u niego siedzieć.

To był zły czas na chodzenie do psychologa.

I zaczęłam tą terapię tak na zasadzie trochę „Co by tam zmienić w studiu, a przy okazji chciałabym wystartować w zawodach”. Panicznie boję się wyjścia na scenę i w ogóle jakiejkolwiek prezentacji. Jak chciałam zrobić jakikolwiek pokaz, to ja się tego bałam. Po prostu nawet nie robiłam pokazu dla kursantów.

Mam dokładnie tak samo.

Raz miałam zrobić pokaz na panieńskim to co mnie to kosztowało stresu. To była jakaś paranoja. A tam były tylko 4 osoby. 

Tak strasznie bałaś się tego co inni o Tobie pomyślą? Że coś Ci się nie uda? Bo to nie chodzi o to, że czegoś fizycznie nie potrafiłaś, tylko po prostu jak Cię ocenią? I co oni o Tobie pomyślą?

Tak, brak wiary, że może się to spodobać, że jestem wystraczająca. 

Ale przecież miałaś kursantki, które Cię dopingowały, które szły za Tobą, które były stałe, lojalne. Więc to wszystko powinno Cię utwierdzać w przekonaniu, że wszystko to, co robisz, robisz dobrze.

To było tak bardzo, bardzo głęboko, że nie ma opcji. Dopiero psycholog zaczął mi otwierać oczy na różne rzeczy. Wprowadziłam zmiany do szkoły, pracując więcej nad tym co kursanci czują, nie skupiałam się tylko na treningach siłowych. Sama miałam kryzys przez wzrastającą konkurencje. Psycholog mówił „słuchaj, jakie masz opinie na Google?”. No mówiłam „Na piątkę”. „No to o co Ci chodzi?” pytał. I zaczął mi otwierać oczy. „O co ci chodzi? No przecież masz to wszystko”. A ja ślepa w ogóle tego nie widziałam. Doceniałam to, ale nie wiem czegoś jeszcze brakowało. Po czasie przeszłam na inną terapię. Zapisałam się na masaż. Taki masaż powięziowy. I poszłam na ten masaż. I co się okazało? Że ta osoba, która prowadzi ten masaż nie prowadzi tylko masażu, ale pracuje też z człowiekiem na wyciąganiu złych emocji z niego. Takich z przeszłości.

Wiedziałaś o tym kiedy szłaś na masaż? Że ten fizjoterapeuta pracuje w ten sposób?

Nie wiedziałam, nie zagłębiałam się tak. Wiedziałam, że pracuje powięziowo. Masując ta osoba zadała mi pytanie czy miałam problemy z przemocą. I było dla mnie to mega zaskoczenie, że ta osoba poczuła we mnie to, że faktycznie jakiś problem jest. I gdybym sama się do niego nie zapisała to by mi było ciężko w to uwierzyć. Zainteresowało mnie to bardzo i zaczęłam pytać jak to wygląda i tak dalej.

Mówił  „Ale ty musisz być gotowa, żeby iść dalej”. No i czułam, że ja chcę tego. I stwierdziłam, że to jest to i że muszę znowu przyjść. Ale już nie na masaż, tylko po prostu takie spotkanie. Tak w skrócie opowiem, że to wygląda na zasadzie trochę takiej medytacji, ćwiczeniu TRE. Pracuje różnymi metodami. Nawet na jednym spotkaniu różnie nawet do mnie podchodził. Ale generalnie uwalnialiśmy nie jedno i na przykład uwalnialiśmy to, co przyszło z tą moją nauczycielką. To była rzecz, którą on nakręcał mówiąc coś, a ja miałam mieć tylko zamknięte oczy. I nagle ta sytuacja pojawiła mi się przed oczami. Ja w ogóle tego nie pamiętałam. Dla mnie to jest coś niesamowitego i kiedyś bym w to w życiu nie uwierzyła, ale teraz wierzę, że takie coś jest i że jest to możliwe. Bo dużo sytuacji mi przypominał w trakcie medytacji.

To działa na takiej zasadzie, że on wprowadza Ciebie w pewien stan?

Tak, wycisza, rozluźnia. 

Leżałam na ziemi, wprowadzałam ciało w drgania. I to miało mi pomóc w tym, żebym wyluzowała, żebym zostawiła te niektóre rzeczy z sobą. Na przykład to, że nie jestem wystarczająco dobra, mała wiara w siebie, że mogę się nie spodobać na scenie. Bo ja myślałam, że jak ja wyjdę na scenę to pomyślą „Na co, po co, z czym ona tu przyszła, po co ona tu przyszła?”. Myślę, że jak wychodzi ktoś na scenę to czuć jak ktoś wchodzi, jego energię itd.

To prawda. Czasami patrzysz na czyjąś choreografię i widzisz taniec, figury, ruch. Ale super kiedy widać w tym wszystkim prawdziwe emocje.

Dokładnie. Niesamowite, że doprowadził do tego rozmową, że przywróciłam sobie momenty z przeszłości, których nie pamiętam, nie zdawałam sobie sprawy, a jednak nade mną ciążą.

To jest bardzo podobne do takich sesji terapeutycznych z psychologiem? To jest taka rozmowa czy jak to wygląda?

Początkowo tak. Ogólnie to zaczynałam od tego, że stałam i miałam ugiąć kolana i po prostu rozluźnić. Nie wiem czy wiesz o co mi chodzi, jak po prostu stoimy luźno, to w końcu nasze ciało się poddaje, jest takie wiotkie. Było mi bardzo ciężko to osiągnąć, bo jestem osobą spiętą przez prace i stres. Powiedział „Ja jestem twoim występem, Tobą. Teraz ty mi przekaż to, że ja mogę Cię reprezentować”. I ja musiałam dać rękę na niego, aby poczuł tą energię i on miał mnie reprezentować. Ja stałam, patrzyłam na niego co on robi, a on nagle się schował za stół. I z tego wyszło, że czuje, że ja jestem taka schowana, że jest jakiś problem w przeszłości. I żebyśmy poszukali głębiej. 

Przeszliśmy na matę. Ja nawet nie umiem opowiedzieć dokładnie, bo to przez to, że wprowadza Cię w taki trans, że ja często po prostu wychodząc stamtąd nie pamiętałam co robiliśmy za to miałam przed oczami pewne sytuacje, które później analizowaliśmy. 

To było tak głębokie, że odpływałaś gdzieś?

Tak i przez to też zaczęłam medytować, co mi bardzo pomogło. Bo przez okres przygotowań do zawodów to rano i wieczorem musiałam medytować, bo było mi bardzo ciężko z tym, żeby się uspokoić, żeby w ogóle się nie stresować i chciałam to robić bo to mi pomagało. Mam wrażenie, że dzięki temu byłam w stanie wyjść też na tą scenę i zachować spokój. A nie, że wyjść i zapomnieć, bo przecież miałam sytuację występu na swoich zawodach [czyt. w swoim studio] jeszcze było w porządku. Jak występowałam pierwszy raz w duecie z moją koleżanką Moniką. Ten występ wyszedł super ale było mi ciężko. To już było po pierwszych wizytach z psychologiem. Nie byłam świadoma siebie na tym występie, nic nie pamiętam. A potem jeszcze zanim zaczęłam te terapeutyczne sesje uwalniania. Pojechałam na kolejny występ z Moniką. Wiesz co zrobiłam w trakcie występu? Monika weszła na rurkę, ja miałam czekać i miałam za chwilę do niej iść. I ja się wyłączyłam, ona po prostu musiała mi pokazać, zawołać. Bo ja się po prostu wyłączyłam. Mnie tam po prostu nie było. Ja byłam na siebie tak wściekła, że wyłączyłam się.

Zamyśliłaś się? To było w takim sensie? 

Nie, nie wiem co się stało. Ja nie rozumiem jak mogłam podczas występu się zamyślić i nie podejść do rurki. Czułam, że już muszę zacząć działać, że chcę kiedyś wystąpić gdzieś.  Widocznie jeszcze nie miałam na tyle za sobą chyba przepracowane. Bo mnie tam zablokowało.

I to nie tak, jakby się można było spodziewać, że kiedy zaczyna Cię paraliżować stres, zaczynasz mieć mokre dłonie czy coś tylko po prostu odpłynęłaś.

A wiesz co? Kiedyś zawsze mówiłam jak mnie pytali kursanci kiedy wystartuję w zawodach albo czy wystartuję? To co im mówiłam? Nie, że ja się nie nadaję, bo ja przecież tam wyjdę i pewnie zapomnę układu. I to się w końcu stało. Ja po prostu zapomniałam, że ja mam iść na rurkę. I wiedząc to, to wtedy powiedziałam „No to coś z tym muszę zrobić. Że to się da zmienić, żeby dojść do tego, żeby właśnie nie zapomnieć tego układu. Że mogę tak popracować ze swoim stresem, swoim podejściem, że tego układu nie zapomnę. No i właśnie na tej terapii, to już byłam taka świadoma tego, że  po prostu chcę zrobić wszystko, żebym przypadkiem układu nie zapomniała. No i oprócz uwalniania sytuacji z nauczycielką, wyszło dużo innych sytuacji za dziecka, nie umiałam się pogodzić z tym, że mój tata jest alkoholikiem.

Ja to czułam. Wiedziałam, że coś jest na rzeczy i gdzieś tutaj głęboko musi coś siedzieć, bo Ty mówisz tym samym głosem co ja.

Jak opowiadasz, to mówisz, że chciałaś wyjść na tę scenę. Ty chciałaś wyjść na scenę i potrzebowałaś, bo chciałaś zabłysnąć. Chciałaś być widoczna. A ja mam wrażenie, że ja taka jestem, ja tego nie potrzebuję. I zastanawiam się, czy to jest tak, że faktycznie taka jestem? Ja tego nie potrzebuję. Czy to bardziej mówi ta osoba, która jest taka wstydliwa, boi się oceny innych?

 Myślę, że ta osoba. Wiesz dlaczego? Bo gdybyś nie chciała, to by nie było Cię dzisiaj. Nie byłoby Cię tutaj. A jesteś. Chciałaś to zrobić, bo rozwijasz swoją markę. Jest to dla ciebie jednak ważne. Więc jednak to musi mówić tamta osoba. Bo my po prostu mamy w głowie bardzo dużo barier. Bardzo. I nam niestety się wydaje, że na niektóre rzeczy nawet nie zasługujemy, mimo że my je chcemy po prostu. Myślę, że to jest kwestia bardziej tego, “Czuję, że nie zasługuję.” A na pewno zasługujesz na to. Na pewno to jest ciężki orzech do zgryzienia, bo niestety takie rzeczy mają na nas bardzo duży wpływ. W życiu bym nie pomyślała. Nie wiem jak Ty masz z tatą czy utrzymujesz kontakt. Ja tak, jest dalej w moim życiu i on jest dobrym człowiekiem. Ja naprawdę uważam, że w tym momencie jest dobrym człowiekiem, tylko po prostu się pogubił. Nie chce nic z tym zrobić, niestety. 

Przez jego brak zainteresowania kiedyś, nie był dla mnie ważny tak jak mama. 

A mama to człowiek orkiestra?

Tak. Kontakt z tata wynikał z tego, że pił i przez to nie interesował się mną. Jak chodziłam do szkoły, nie pytał jak tam oceny, koleżanki, nie było go w moim życiu. Widziałam go ciągle pijanego, a jak nie pił to był w pracy. Byłam jego pupilkiem, a ja go nienawidziłam przez alkohol, było dużo agresji z mojej strony bo wpadałam w szał widząc co ze sobą robi, nie chciałam żeby to robił. Widziałam jak na tym cierpi reszta rodziny. Myślałam, że pogodziłam się z ta sytuacją od gimnazjum i to mnie nie boli. Tak myślałam, że na mnie to nie wywarło wrażenia, że taka kolej rzeczy, że mnie nie interesuje. Jak się okazało na terapii zostawiło to bardzo duży ślad w moim życiu.

Terapia pokazała mi, że między innymi przez sytuacje z tatą boję się wyjścia na scenę. Boję się, że zostanę niezauważona.

Co byś powiedziała osobie, która chciałaby wystartować w zawodach, ale się boi? Myślisz, że ten strach jest zawsze wynikiem naszych doświadczeń i przekonań?

Myślę, że tak. Wielu ludzi czuje się niedowartościowana. Ludzie tez nie wierzą w drugiego człowieka. Wręcz przeciwnie. Zamiast cieszyć się sukcesami drugiej osoby to są zazdrośni. Nie ma wsparcia drugiego człowieka. Więc każdy się boi tego wyjścia na scenę, bo co inni powiedzą? Z czym ten człowiek tutaj przyszedł? Po co w ogóle? A wszyscy jesteśmy naprawdę niesamowici. I każdy z nas może pokazać coś innego, jeżeli faktycznie jest to prosto z serca. To naprawdę to może być coś innego. Tylko, że ta wiara ludzi w ludzi jest bardzo niska. No i przez to my sami też w siebie nie wierzymy. Ale najczęściej ten strach siedzi gdzieś głęboko w nas z jakiegoś powodu. Z jakiś sytuacji, które nas spotkały w życiu.

W czasie przygotowań do zawodów powiedziałaś takie słowa, że Twoim założeniem było przygotować się do zawodów na luzie, tak aby się nie zajechać psychicznie i fizycznie. Udało się czy się nie udało?

Udało. Naprawdę. Ja, która wychodziła z sali po trzydziestu nagraniach, bo chce jeszcze raz, bo nogi nie doprostowałam. I jeszcze, jeszcze. W końcu ten mój nadmierny perfekcjonizm, który był i jest dalej w jakimś stopniu. Ale tak, udało się. I w sumie byłam bardzo zaskoczona, no ale obiecałam sobie, że albo w ten sposób albo wcale. Wiedziałam, że mam studio. I wiedziałam co czułam przy organizacji wewnętrznych zawodów. To wydarzenie mnie tak gdzieś od środka zabijało, ale jednocześnie byłam bardzo podekscytowana. I było mi z tym ciężko psychicznie, że będę musiała wyjść i mówić, przed takim dużym gronem bo tam było sporo osób, to było dla mnie szaleństwo. Nie chciałam dopuścić do tego co zrobiłam wtedy, bo mam niedoczynność tarczycy, więc do tego po wewnętrznych zawodach ja się rozsypałam. Stres automatycznie wpłynął na moje wyniki. I obiecałam sobie, że przy tych zawodach nie mogę do tego dopuścić, że muszę być spokojna, bo inaczej ja na tą scenę naprawdę nie wyjdę albo wyjdę i zapomnę. Więc muszę podejść do tego bardzo spokojnie. Poza tym mam kursantów, prowadzę studio, zajęcia i chce być na tych zajęciach, więc nie mogę dopuścić do żadnej kontuzji. I też z tyłu głowy miałam, że przecież chce się pokazać, a jeżeli będę miała jakąś kontuzję to ona może mi to uniemożliwić, więc muszę to zrobić tak na spokojnie i odpowiedzialnie, bo wiem ze duża część osób strasznie do zawodów się zajeżdża.

Ja bym powiedziała, że niemal każdy.  

Tak. I potem piszą w tych postach na Instagramie, Facebooku, że fizjo itd. To jest oczywiście bardzo odpowiedzialne chodzić do fizjo, ja zresztą też chodziłam, ale nie musiałam tam być raz w tygodniu. Ja byłam tam jeden raz podczas całych przygotowań do zawodów, bo nawet nie czułam takiej potrzeby. Ale jestem świadoma swojego ciała, wiedziałam, że tego nie potrzebuję. I dbałam o siebie w inny sposób, chodziłam raz w tygodniu na saunę, więc tam się wyciszałam. Mi to pomaga jeśli chodzi o jakiekolwiek rozluźnienie. Korzystałam z maty do akupresury codziennie wieczorem. Jak był czas to rano również, rolowałam się, medytowałam. Tak zadbałam o siebie, a najważniejsze o tą część mentalną, która mi w tym pomogła. Podczas przygotowań miałam kontakt z trenerem mentalnym, który sam był w szoku i był dumny z mojej pracy, bo poznał mnie wcześniej i powiedział, że on mi po prostu nie jest do niczego potrzebny. Był zaskoczony, ale cieszył się tym oczywiście, że tak to wyszło. Widzieliśmy się przed przygotowaniem do zawodów, a potem już przed samymi zawodami, bo w połowie ja nawet tego nie potrzebowałam. Ale to dzięki technice uwalniania. Miałam przygotowany harmonogram mojej pracy, który dla mojej głowy był bardzo ważny, bo ja podejrzewam, że gdybym go nie miała, to na przykład w połowie jakbym widziała osobę obok, która ma już ułożoną połowę układu, a ja nie mam żadnego to bym panikowała. A dzięki temu harmonogramowi to wszystko szło zgodnie z moim planem i dzięki temu ta moja głowa też była w porządku, że ja zdążę. Ja miałam napisane wszystko, do kiedy mam mieć ułożoną pierwszą część, kiedy druga, kiedy łączenie pierwszej z drugą, kiedy połączona z trzecią.

Sama to wymyśliłaś?

Mój trener mentalny podrzucił mi pewien pomysł, schodki, a ja że jestem osobą prowadzącą zajęcia, wiem jak to sobie poukładać. Mądrze sobie to zaplanowałam. Uważam, że mądrze, bo na pewno mi to pomogło do zawodów. I dobrze sobie to ułożyłam, trener mnie naprowadził w tym wszystkim. Z rozbiciem układu na części musiałam poradzić sobie sama. A ten harmonogram to było coś niesamowitego dla mojej głowy.

Podeszłaś do tematu zadaniowo.

Tak. I przez to ja wiedziałam, że mogę zrobić dwa treningi w tygodniu, bo ja i tak wiem, że będę z tą częścią gotowa. Ja to widziałam w tym planie.

Ale przecież bywały takie treningi, zresztą pokazywałaś to na filmikach na Instagramie, że coś nie szło. I nie załamywały Cię takie momenty?

Z tyłu głowy była tez ta druga część mnie, która mówiła „Uspokój się. Przecież jak każdy możesz mieć teraz zły czas. Może jesteś przed miesiączką, za chwilę będzie lepszy czas. Tez nie musisz codziennie trenować”. Bo bywały takie dni, ze ja jechałam na trening i ja już wtedy czułam, ze to nie będzie ten dzień. No wiadomo, że mogłam się też nastawić na to inaczej, ale też czułam, ze jestem jakaś słabsza i faktycznie okazywało się, że to nie był ten dzień. I wtedy sobie mówiłam „Po co na ten trening przyjechałaś? Mogłaś w takim razie przyjechać na niego jutro, zrobiłabyś bardziej efektywny trening, niż trening dziś i jeszcze jutro. I to mi też pokazało, że nie muszę być na treningu codziennie. Mogę tam przyjechać we wtorek, czwartek i na przykład w sobotę i to będzie wystarczające, bo robiąc to codziennie będę zmęczona tym wszystkim. A to nie o to chodzi. Wręcz przeciwnie, tymi przygotowaniami powinniśmy się cieszyć. I nawet jeśli nam tam nie pójdzie to trudno, ale pokażemy tyle ile zdołamy. Na próbach może być co innego, na scenie co innego. Jest dużo rzeczy, które nam też uprzykrzają, bo nawet sama wilgotność powietrza w pomieszczeniu może zmienić wszystko. 

My mamy zadanie przygotować się do zawodów, ważne żeby zrobić to w zgodzie ze sobą, że na przykład poświęciłam na to tyle czasu ile mogłam i w zgodzie ze sobą. Bo nie potrzebowałam fizjoterapeutów, żeby mnie reperowali bo ja ręką ledwo ruszam.

To jest niszczenie jednocześnie siebie. A można to zrobić w takiej zgodzie ze sobą, naprawdę. Trenować, dbać o siebie.

Jesteś pierwszą osoba, z którą rozmawiam, która mówi i widać że tak jest, że przygotowała się do zawodów tak po ludzku. A nie, że się dojeżdżasz, tak, że Cię wszystko boli, masz mnóstwo siniaków i kontuzji na koniec.

Ja tego nie rozumiem. Ja teraz będę przygotowywać kursantów do zawodów to nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że oni w ten sposób będą pracowali. Jedna kursantka ze mną startowała w tym samym czasie. Kamila, trenuje exotic, więc sama się przygotowywała. Miałyśmy nawet ten sam grafik, kiedy widzimy się na sali i ona tak samo do tego bardzo zdrowo podeszła. Widziałam, ze to też miało przełożenie. Kamila jest psychologiem, współpracujemy od niedawna, a dzięki zawodom zdobyłyśmy też piękna relacje. Nie wiem czy widziałaś na Instagramie @psycholog_nakiju. Kamila też była przekonana, że musimy to zrobić na spokojnie. I to było świetne, ze razem byłyśmy w tym, że się wspierałyśmy.

Ty, z takim, a nie innym przygotowaniem do zawodów, stanęłaś na podium. A mówiłaś, że ona nie. Czy ona po tych zawodach nie pomyślała „Jednak za mało z siebie dałam?”.

Myślę, że nie, dlatego, że zobaczyła swój występ i nie powiedziała, że nie jest z siebie niezadowolona. Jest zadowolona z tego występu. I to jest bardzo ważne, że jest zadowolona. Ja też jestem zachwycona jej występem. Zrobiła bardzo duży progres. I to jest najważniejsze. I wiesz, na próbach nieraz nie wychodziło, coś co na zawodach wyszło super. Więc nie jest na siebie zła pod tym kątem, że za mało. Bo zrobiła to przynajmniej w zgodzie ze sobą i nie miała kontuzji. Byłam z niej dumna, że wyszła na tą scenę, mimo swoich problemów, które się nasiliły podczas przygotowań. Pisała o tym na forum, przyznała, że ma terapie PTSD, w dodatku podczas występu była przeziębiona.

Zobacz w ogóle jak niesamowite jest to, że widz, który siedzi na widowni, albo ogląda filmik później po zawodach, widzi tylko te trzy-cztery minuty. A za tym występem tyle rzeczy jeszcze się kryje. I za tą osobą, która wychodzi na scenę. Tyle doświadczeń, to jest po prostu taki bagaż, o którym po prostu nie wiemy i nie mamy świadomości. A dodatkowo Internet jeszcze przekłamuje tę rzeczywistość. Instagram również pokazuje taki piękny obraz rzeczywistości. A często nie wszystko jest takie jak to widzimy.

Dlatego ja w końcu przestałam sugerować się Internetem. Niektórzy trenują u mnie trzy lata. No to jestem z nimi tak zżyta, bo to są stałe grupy, że po prostu ja to widzę jak Internet ma wpływ. I ja mówię „To tak nie może wyglądać”. Oni przychodzą, coś nie wychodzi i łapią doły, bo to tak powinno wyglądać, a to tak. Nie, nie o to chodzi. Tytan pracy? Dobra, ale to za tym kryje się x treningów za tym filmikiem i x filmików, a nie że to jest pierwsze. Staram się im to wytłumaczyć, dlatego też nagrywałam dzienniczek treningowy.

No bo kto wstawi zdjęcie z cellulitem? Do Internetu wrzuca się to co piękne, bo to jest chwytliwe, na to się dobrze patrzy. I można się spierać, że teraz jest czas na autentyczność. Trochę jest. Ale niedoskonałości nasze oko nie lubi. I na zajęciach też sami oczekujemy, że to czego się właśnie nauczyliśmy będzie idealne, będzie piękne, czyste, oczekujemy ideałów.

Niestety tak to tak nie wygląda. To jest x czasu, pracy i wszystkiego. I też ludzie sobie nie zdają sprawy jak bardzo nasze życie prywatne wpływa na sam trening. Jak bardzo potrafi to nam utrudniać progres. Bo mamy blokady w głowie. Nastawienie jest tutaj bardzo znaczące.

Na trening przychodzimy z problemami i czasami wydaje nam się, że trening wyleczy wszystko. A czasem masz tak głowę zajętą czymś, że ta głowa po prostu nie jest w stanie zrobić normalnego, dobrego treningu.

Tak to jest prawda.

Jakie masz plany na kolejny czas? Zaraz nowy rok, masz jakieś postanowienie noworoczne? Znaleźć większe studio, zapisać się kolejny raz na zawody?

Tak, myślę, że zawody tak. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Mam trochę obowiązków w tym czasie, więc troszkę się boję, że za dużo na siebie wzięłam. Zapisałam się  na IPSF ze świadomością, że w razie czego zrezygnuję. Ogólnie byłam nastawiona na nie, że nie jadę, ale obudziłam się w ostatni dzień zapisów. A wiedziałam kiedy są, bo kursanci się zapisywali. Obudziłam się z takim przerażeniem, „Zaspałam, zapomniałam się zapisać, nie zdążyłam”. No i wtedy do mnie doszło, że dziś jest ostatni dzień na zapisy. Mówię „to może jednak powinnaś się zapisać? Nawet coś ci mówi, że miałaś to zrobić”. No i czekałam do ostatniego momentu i zapisałam się. Bardzo bym chciała wystąpić, ale nie dlatego, że jestem na to przygotowana, bo fizycznie się nie czuję totalnie na to przygotowana. Od zawodów nie miałam ani jednego swojego treningu, bo byłam chora, trochę mnie trzymało, wyszedł stres. To mi tu utrudniało. Mój występ na integracji studia nie wyszedł mi. Zjechałam z rurki na sam dół, więc jak w przeciągu dwóch tygodni może się zmienić. A przecież to potrafiłam. Tak wszystko poszło i to nawet przy mniejszej publiczności. Nawet się nie umiałam wspiąć się na górę. Tak mi było ciężko. Trening po chorobie czasem jest bardzo ciężki. Duża cześć osób myśli, że przyjdą i już będzie wszystko w porządku, bo przecież już się lepiej czuję, ale na rurce nie do końca. Ciało jest inne, inaczej reaguje na trening, pocimy się bardziej. Więc wracając do tych zawodów chciałabym bardzo, ale nie czuję fizycznie tego, dlatego wybrałam kategorie Artistic pole. Chciałabym tam iść i wystąpić. Nie czuję też tego, żeby iść z tym samym układem bo ja wtedy wiem, że mam już inną energię. Najwyżej tylko oprę się na tym układzie, ale chciałabym po prostu tam wyjść i nie przerywać tego, że już się odważyłam i że poszłam. Dlatego chciałabym po prostu to zrobić i w ogóle poczuć to, co tam poczułam. Bo przez to moje przygotowanie ja nie sądziłam, że ja będę w stanie patrzeć w stronę sędziów. 

A czułaś się szczęśliwa na tej scenie?

Tak, tak. W życiu bym nie pomyślała, że ja się tak będę czuła. Ja po prostu chciałam tam być.

Niesamowite. Mówisz to tak jak Ci wszyscy, dla których od samego początku marzeniem jest wystąpić w zawodach i nie ma w nich tych barier, strachu, który był w Twoim przypadku.

A nie chciałam, to znaczy chciałam, ale bałam się tego wszystkiego. I było to dla mnie takie przerażające. I po prostu teraz to poczułam taką magię, że to jest niepojęte. Ale na pewno ułatwiła mi też, bo wcześniej o tym nie wspomniałam, wizualizacja. To jest też udowodnione badaniem, że trening z wizualizacją przynosi nam podwójne efekty. I tutaj myślę, że ta wizualizacja odegrała mocną rolę. Na próbie nie miałam żadnego kontaktu wzrokowego z publiką. Po prostu nie umiałam. Ale ja w głębi wiedziałam, że na scenie to zrobię. Ja to czułam. Faktycznie wyszłam na scenę i nie miałam z tym problemu, żeby popatrzeć na publikę. I nawet się uśmiechnęłam do sędziego, gdzie wcale tego nie powinnam zrobić. Ale w pewnym momencie się po prostu uśmiechnęłam. Chyba tak po prostu z tego szczęścia, że tam jestem i że jest dla mnie to takie pozytywne, a nie żeby się to już skończyło.

Nawet w momencie, kiedy czekałaś na swoją kolej nie miałaś takich myśli „Niech to wszystko już się skończy”?

Jak na mnie byłam nawet bardzo spokojna. Jeszcze mnie wywołali wcześniej, bo jednej zawodniczki nie było przez opóźnienia. I ja byłam nastawiona, że wychodzę po kimś, a tej zawodniczki nie było. A ja jeszcze musiałam ze sobą porozmawiać w toalecie. I umyć ręce, hahaha. Przez cały okres przygotowań do zawodów, bo nie mam trenera, który ze mną rozmawia, rozmowa ze sobą i wsparcie samej siebie to dla mnie klucz. Bo to było na zasadzie: najpierw gadam, gadam, jaka jestem załamana, a za chwilę jakbym potraktowała swoją kursantkę. Co bym jej powiedziała. I za chwilę moja druga strona do mnie zaczęła mówić „Nie, uspokój się, spokojnie, w ogóle oddychaj”. Mam problem z oddychaniem, po wewnętrznych zawodach odklejała mi się przepona. Chodziłam do fizjoterapeuty. Efekt nerwowy. I tutaj do tego podeszłam zupełnie inaczej, bo właśnie nie chciałam nabyć jakichkolwiek problemów ze sobą.

To było tak mądre podejście do tematu zawodów.

Bardzo mądre. Muszę to przyznać, że aż sama jestem w szoku. Uważam, że każdy powinien do nich tak podejść. Każdy by szedł po prostu prezentować siebie z jak najlepszej strony. I wiadomo, że ktoś musi stanąć na podium. No jasne, że tak. Tak, ale między niektórymi osobami jest taka straszna rywalizacja. Rozumiem, że idziemy na zawody i że można to traktować rywalizacyjnie i też można to traktować troszkę bardziej tak jako przedstawienie siebie. Jest w tym wszystkim takie coś niezdrowe.

Ania, z którą miałam wcześniej wywiad mówiła, że widziała taką rywalizację szczególnie na wyższym poziomie. Na tych niższych poziomach, na przykład debiutach, to idziesz po prostu, żeby się pokazać, żeby się sprawdzić, żeby w ogóle zobaczyć, jak to jest. A im dalej, wyżej, tym większy jest ten element rywalizacji. Musisz po prostu wygrać, bo jesteś już na takim etapie, że już musisz coś osiągnąć.

No na pewno jest taka presja. Ja się nawet przejmowałam taką presją zewnętrzną, jak nawet moja konkurencja. Nawet to, co oni powiedzą „Poszła na te zawody, a ona nic takiego nie umiała”. Bo tak jak mówię, mam konkurencje, dziewczyny, które umieją dużo. I naprawdę tak sobie potem pomyślałam „Ale Ty idziesz pokazać to, co umiesz teraz. To są moje możliwości na ten moment”. Wiem, że trenuję już długo, no bo łącznie to już jest 5 lat. Ale ja nie trenuję tylko dla siebie. To jest duża różnica, bo godząc studio i mając tyle grup nie jest łatwo, teraz już mam instruktorki, ale długi czas byłam sama, bardzo ciężko było mi trenować.

Na każde zajęcia musisz się przygotować, poświecić czas.

Tak, dokładnie. Ja jestem osobą, dla której to jest najważniejsze. Temu się poświęciłam. Mój progres poszedł gdzieś na bok. Fakt, zaczęło mi czegoś brakować, chyba czegoś dla siebie. Dlatego też w końcu jak poczułam jakąkolwiek gotowość pomyślałam „Zrobię to dla siebie”. I nawet ten wiatr w żagle poczułam, świeżość do pole dance. Teraz jak nie trenuję, to czuję się jakby mi odebrali nie wiem co, bo już bym chciała iść na trening, a ja nie mam czasu. Boję się, że mimo chęci zabraknie mi czasu na przygotowanie do najbliższych zawodowo, ale mam z tyłu głowy, że jestem taka ambitna, że coś pokaże, że może to nie będzie 100% moich możliwości, które bym mogła. Ale że może stworzę coś prostszego. Może skupię się na emocjach, które będą wywołane podczas tego występu. Może właśnie w inny sposób to przekaże. Nagrywając swój dzienniczek, też już miałam jakiś zamysł. Wiedziałam, że będę ten dzienniczek wklejać niezależnie od tego czy stanę na podium czy nie. Wiedziałam, że może nie zrobię tego od razu, jeżeli nie stanę na podium, bo może mi być trudniej. Nie wiedziałam jak to będzie, ale powiedziałam sobie, że będę to robiła dlatego, że chcę pokazać to innym. I że nawet nie stając na podium nie musisz się załamać. Bo zrobiłaś dobrą drogę, że to jest warte tego. Niezależnie czy jest tu podium czy nie. Pojadę na zawody i nie liczy się to, czy tam stanę. Nie ukrywam, że na te co jechałam mimo wszystko miałam nastawienie, że ja jadę na podium. W ogóle weszłam na jedynkę, nie? Hahahahahahaha, nie wiem czy widziałaś to. To moja podświadomość, moja wyobraźnia przeszła samą siebie. Po prostu poszalałam. Bo jak radziłam sobie ze stresem na scenie, tak na wyjście po nagrody nie poradziłam sobie wcale.

Tego nie zwizualizowałaś?

A może zwizualizowałam za bardzo, haha. Bo wywołując mnie na drugie ja słyszałam, że to jest drugie miejsce, że to nie jest pierwsze. Ale ja stanęłam na jedynce.

Ale miałaś tego świadomość, że stanęłaś na jedynce?

Tylko jak oni, jury, na mnie popatrzyli, to ja dopiero wtedy „Faktycznie!”.

Chciałaś po prostu poczuć i zobaczyć jak to jest stanąć na najwyższym stopniu.

Ja po prostu nie wiem. I było mi tak potem głupio. Wstyd mi aż przed samą sobą. Nie wiem czy to albo podświadomie stanęłam, bo sama ze sobą wygrałam i tam stanęłam. Wyszłam na tą scenę i tak poczułam po prostu. Obowiązek stanięcia tam chociaż na chwilę. Nie wiem naprawdę co mną kierowało, ale stanęłam. Kursanci i rodzina śmiali się, że stanęłam tam gdzie powinnam. No niesamowite.

Nie wiem czy kojarzysz taką sytuację. W Kielcach na PDS startowała w kategorii exotic taka dziewczyna, Natalia, która do ogłoszenia wyników wyszła na scenę w skarpetkach. I zajęła drugie miejsce. Więc w tych skarpetkach stanęła na podium i to było takie urocze i zabawne. 

Mała wiara ludzi. Ja sama uwierzyłam w siebie wtedy bardzo dobrze. Akurat dobrze, że do tego tak podeszłam, że uwierzyłam. Wiadomo, że liczyłam się z tym, że może być inaczej. Ale jakoś czułam to wewnętrznie, że jadę tam po podium. Naprawdę teraz się tak nie nastawiam, bo nie przygotowuję się na razie. A tu przygotowanie to też jest jednocześnie pewność siebie. Jeżeli jedziemy przygotowani to też nasza pewność siebie jest większa. A tutaj może być różnie. Ale naprawdę chciałabym to dla siebie zrobić, wyjść tam na scenę i też pokazać moim kursantom chociażby, że to jest naprawdę możliwe. Ja to mam zamiar jak coś to zrobić na 100%, ale właśnie swoje 100%, teraz. A wszyscy potem myślą, że jak już się czegoś podejmą to chyba musi być to 200%, i przy okazji się niszczą. 

I że muszą osiągnąć jeszcze więcej niż sobie założyli.

Trzeba troszeczkę mierzyć siły na zamiary. Zresztą to jest nasze ciało i musimy być z nim trochę w zgodzie, bo jak nie teraz to nam to pokaże, kiedyś to się odbije.

Jak uważasz czy do zawodów fajnie przygotowywać sobie choreografię bazując na tym, co już potrafisz? Czy warto zaplanować sobie takie elementy, których nie potrafisz i to przygotowanie do zawodów potraktować jako trening i nauka czegoś nowego.

To też zależy moim zdaniem ile mamy czasu. Ja założyłam sobie w moim harmonogramie, że dajmy na to dwa i pół miesiąca muszę mieć już tip top. Że już wiem co robię i że już tam za bardzo nie ma takiego miejsca na naukę nowych elementów. Przez to, że moje założenie było trzy dni treningowe max. Więc automatycznie nie miałabym czasu na naukę nowych elementów. Jak już się zapisałam na zawody, to wtedy sobie zaczęłam już działać pod te elementy. Bo tam miałam przypuśćmy Janeiro i rękę dawałam na górę, więc wymagało to mobilności barku, której nie miałam, była taka optymalna, że funkcjonowałam, ale na takie rzeczy to już było dla mnie za ciężkie, żeby się tam chwycić i coś z tego podziałać. Nie siedziałam na przykład w pełnym szpagacie w sumie. Więc wiedziałam, że też to jest ten czas, żeby nad tym pracować.  Mierzenie sił na zamiary vs. ile czasu mamy po prostu na przygotowania. Bo uważam, że fajnie jest sobie wziąć coś trudniejszego, żeby to udoskonalić, tylko musimy mieć na to czas.

I chyba właśnie w tym jest problem. Że dziewczyny się przygotowują i nakładają sobie za dużo na barki. I wtedy muszą narzucić tempo, żeby to wszystko wyszło i aby się wyrobić w czasie.

To lepiej naprawdę wziąć te łatwiejsze elementy, a pokazać je po prostu w ciekawszy sposób. Czymś to tam nadrobić, żeby w ten sposób to pokazać. Bo naprawdę można przejścia mieć ciekawe, po prostu pójść bardziej w oryginalność na przykład dzięki tym przejściom. Niż faktycznie wymyślać nie wiadomo co z trudnych figur. Tak jak ja teraz wiem, że nie będę miała czasu na nowe elementy, więc zbuduję to z tego, czego jestem w stanie teraz zbudować. I tak przecież połączenie trików w czasie trzy pięćdziesiąt jest szalenie ciężkie i jeżeli my sobie wciskamy pełno trudnych, nowych elementów, to one w całości w choreografii będą wyglądały beznadziejnie, bo na przykład rozluźnimy nogi. A to stres dochodzi. To musi być pełne. Musi być naprawdę przemyślane, jeżeli chodzi o te elementy, bo potem niestety to na zawodach widać jak dziewczyny przychodzą na drugą rurę i już umierają. Widać zmęczenie, potem te niektóre elementy za wcześnie włączone, to gdzieś tam widać jakieś niedopracowanie. No i po co? Jak jury na to patrzy w tym momencie. Nie wiedzą, że Ty to może miałaś niedawno jeszcze gorsze. Oni patrzą tu i teraz. Więc lepiej mieć łatwiejsze. Faktycznie i ja uważam, że jest bardzo istotne to dociągnięcie. I czego się czepiam zawsze. Nigdy sobie nie zdawałam z tego sprawę tak bardzo, że zawsze się czepiam moich kursantów, tych pointów wiadomo, kolan itd. Od jakiegoś czasu na pewno bardziej niż kiedyś, bo też wiadomo jak to są grupy basiczki to trzeba ich troszeczkę inaczej potraktować. A teraz mam już więcej osób zaawansowanych, więc też to inaczej wygląda. Więc zawsze się ich tak bardzo czepiałam, tych nóg. I dopiero przygotowując się do tych zawodów zdałam sobie sprawę no faktycznie nie bez powodu to takie ma znaczenie.

Możesz potrafić zrobić piękne figury. Ale jeżeli będziesz mieć niedociągnięte stopy albo nieodprostowane kolana, to choćbyś nie wiem co robiła, to i tak nie będzie to wyglądać dobrze. A szkoda byłoby na etapie przygotowań do zawodów jeszcze pamiętać o tym, że masz mieć doprostowane kolana za każdym razem. To powinno być takim nawykiem jak amen w pacierzu. A jak już jesteś na wyższym poziomie, to już w szczególności. Po co masz uczyć się shoulderów jak nie umiesz poprawnie zrobić v-ki?

Nawyk tutaj jest bardzo, bardzo ważny. Jest to udowodnione badaniami, że ten nowy nawyk budujemy w ciągu miesiąca-trzech. A oduczenie się złego nawyku trwa około pół roku. Więc takie usuniecie flexów to zajmuje czas nawet samego przygotowania do zawodów, a co dopiero wrzuceniu jakiegoś elementu, którego nie potrafimy. Więc to prawda, trzeba ostrożnie z tym doborem elementów.

Czy myślałaś, żeby tą swoją wiedzę i Twoje podejście do nauki przekazać dalej? Nie zamykać się tylko w swojej szkole?

Chciałabym prowadzić warsztaty.

Już z moją kursantką, a jednocześnie współpracownicą Kamilą jesteśmy na etapie przygotowania oferty. Miedzy innymi chcemy pokazać, że trening w połączeniu z treningiem mentalnym może przynieść dużo większe efekty. Mam nadzieję, że za niedługo będziemy mogły rozsyłać oferty warsztatowe. Tu trochę się jeszcze kłania taka trochę słaba wiara w siebie z mojej strony.

Najważniejsze aby zrobić ten pierwszy krok.

Ja się cieszę, że już to ugrałyśmy, co i jak ma być zawarte. Bo ja bym już wymiękła i bym powiedziała „Poczekaj jeszcze, może na następne zawody, może będzie mi wtedy łatwiej”. Tak już zaczynam szukać wymówek „Może będę lepsza”?

Ale Ty każdego dnia jesteś lepsza od siebie z dnia poprzedniego.

Nawet nagranie rolki z jakimś tipem to dla mnie byłoby wyzwanie. Przecież jest tyle pole dancerek, które robią to lepiej.

Ale skąd to wiesz, może właśnie Twoja rolka trafi do kogoś, kto będzie widział to po raz pierwszy?

To są znowu blokady, które trzeba niestety usunąć. Pracuję nad tym, bo po zawodach nie ukrywam, mimo podium, miałam kryzys. Był kryzys w moim życiu. Może przez brak celu, uderzyło mnie to. Teraz czas na powrót do pracy nad sobą, chciałabym te blokady w dalszym ciągu usuwać. Ciężko mi powiedzieć „Halo, jesteś dobrym instruktorem”.  Nie zawsze umiem siebie docenić mimo sporej ilości pochwał. Mam takie kursantki, które miały już kilku instruktorów twierdzą, że jestem najlepszym instruktorem jakiego do tej pory miały i że tu się czują bezpiecznie. A ja dalej tego nie dopuszczam… „A bo jest tyle pole dancerek…”

Bo porównujemy się do lepszych od siebie. I to jest naturalne. Ale dlaczego nie patrzymy na to w jakim teraz jesteśmy momencie i jaką drogę przeszłyśmy aby tu być i gdzie byłyśmy jakiś czas temu?

Tak dokładnie. Porównuję się z najlepszymi, którzy mają bardzo dużo wiedzy i doświadczenia. Jestem na etapie tłumaczenia sobie tego, że jestem dobrym instruktorem i że mogę tą wiedzę przekazywać nie tylko moim kursantom.

Zastanawiam się co takiego ma pole dance w sobie, że dzięki niemu człowiek buduje się na nowo? Ja mam wrażenie, że wszystkie inne aktywności, które robię dodatkowo czy robiłam do tej pory, nie spowodowały we mnie takiej zmiany jakiej dokonał pole dance.

Ja nie wiem czym to jest tak naprawdę spowodowane. Mnie nie cieszy dołożenie 10 kilo więcej na sztangę. Za to jak zrobię nową figurę to widzę efekt tego od razu. A ten ciężar, te 10 kilo, to jedynie mogę zobaczyć może na mojej sylwetce. Ale też pole dance jednocześnie buduje sylwetkę, a w między czasie uczy cierpliwości, pokory i samoakceptacji siebie. Takiego znalezienia w sobie tych pozytywnych rzeczy. Bo nie musisz być pole dancerką, która potrafi wszystko. Jedna może być więcej rozciągnięta inna może mieć więcej siły inna dynamikę. No i uważam, że znajdziemy zawsze coś dla siebie, że jest na tyle szeroki, że można różne elementy ćwiczyć, że każda z nas coś znajdzie, czy tam każdy, bo też są kursanci. Na szczęście u mnie są. Ja się bardzo cieszę, że pole dance się rozwija i że mężczyźni przychodzą.

Pole dance łamie stereotypy.

Tak, dokładnie.

Tym zdaniem kończymy. Dziękuję Ci za poświęcony czas oraz za Twoją odwagę podzielenia się trudnymi doświadczeniami, które Ciebie ukształtowały. Mam nadzieję, że ukształtują też inne osoby.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Scroll to Top